Get Even More Visitors To Your Blog, Upgrade To A Business Listing >>

Adel vs. Jamie Oliver.

Karm piersią, jeśli możesz, ale nie martw się, mieszanka też jest dobra” –  to wypowiedź Adele wygłoszona podczas jednego z koncertów i będąca reakcją na słowa Jamiego Olivera, który oczekując na swoje piąte dziecko piał w zachwytach o tym, że karmienie piersią jest naprawdę proste. Osobiście uważam, że mężczyzna, nawet najempatyczniejszy z najempatyczniejszych nie powinien zabierać głosu, skoro sam nigdy do własnego cycka dziecka nie przystawiał.  Adel kontynuując drażliwy temat  odwołała się do własnych doświadczeń: „To jest trudne. Niektóre z nas nie mogą karmić piersią. Mnie udało się wytrzymać 9 tygodni z moimi cyckami ( nie potykam się o nie, tylko dlatego, że mam bardzo dobry stanik). Niektóre moje koleżanki popadły w depresję poporodową od tego gadania położnych. Idiotek. (…)  Uwielbiałam karmienie piersią i chciałam robić tylko to, ale w pewnym momencie już nie mogłam, i pomyślałam wtedy: gdybym żyła teraz w dżungli, dziecko by mi umarło, bo straciłam mleko.”

Kiedy ja przestałam karmić piersią pomyślałam dokładnie to samo. Zastanawiam się jednak nad tym całym terrorem doskonałego macierzyństwa będącym chyba niestety znakiem naszych czasów.

Generalizujemy. Oceniamy. Nie potrafimy słuchać.

Bo czy jeśli śpię z dzieckiem w jednym łóżku, Ale Nie dlatego, że Jestem wyznawczynią Rodzicielstwa Bliskości, ale dlatego, że moje dziecko płacze śpiąc samo w łóżeczku, to jestem dobrą matką, czy złą? Dobrą, bo nie pozwalam by płakało po nocach, bo daję mu bliskość, której potrzebuje, ale złą, bo nie widzę potrzeby spania z maluchem i zamiast gnieść się z rozpychającym się na wszystkie strony niemowlakiem wolę wtulić się w ramię męża. Działam instynktownie. Czyli tulę. Ale gdyby nie płakało, to pozwalałabym spać mu w swoim łóżeczku. Ba! W swoim pokoju. Albo inny przykład: nie klasyfikuję się jako mama stosująca żywieniowe zasady BLW (Bobas Lubi Wybór), ale pozwalam jeść mojemu synkowi wszystko, na co ma ochotę pod warunkiem, że jest odpowiednio przyrządzane, niezagrażające jego zdrowiu i niesłodzone. To jaka ja jestem? Dobra, bo dbam o to, co spożywa moje dziecko, czy zła, bo mam w dupie dobre rady innych, internetowe dyskusje i trendy żywieniowe dotyczące karmienia dziecka, które znam najlepiej? A może jestem matką ignorantką? Z tym niesłodzeniem to kolejna smutna sprawa, bo jeszcze przed narodzinami syna podjęliśmy z mężem decyzję, że do Pewnego Momentu Nie będziemy karmić dzieciaka cukrem. Akceptujemy tylko cukry występujące naturalnie w owocach, kaszach, itp. Nie widzieliśmy i nadal nie widzimy potrzeby zapychania malucha cukrem – ani to wartościowe, ani zdrowe. Dziecko przecież nie zna smaku cukru, więc do pewnego momentu nie będzie mu tego brakowało. I tu, przy tym cukrze jest kwas, bo ileż my się nasłuchamy. Że matka zołza ( nie ojciec, nie rodzice – matka), że dziecko biedne. No, faktycznie, roczny bobas wychowywany bez cukru podchodzi pod paragrafy i znęcanie. Ktoś co chwila pyta, czy może dać do Tymkowego dzióba kawałeczek, odrobinkę taką ciasteczka tego, co to takie pyszniutkie i kupione w najlepszej cukierni na osiedlu. Nie! Jeśli każdy da mu ciut ciut to zrobi się z tego pokaźne coś.

I tak ze wszystkim. I tak bez końca. Gdyby tego wszystkiego było mało, same nakładamy na siebie obrożę perfekcyjności. Chcemy być w miarę zadbane, mieć czystą chałupę, zdrowy, dwudaniowy obiad przygotowany zgodnie z wymogami kuchni dietetycznej, chcemy mieć emocjonujący związek, rozwijającą pracę, wyjątkowe pasje. No i of kors szczęśliwe, wymuskane dziecko. Jezusmaria, zwariować idzie!

Często popadam w skrajności. Słyszę, że koleżanka dużo spaceruje ze swym dzieciem. Myślę sobie – zdrowo i mądrze. Też chcę dużo spacerować! Ale ciągle wydaje mi się, że mogłam więcej, intensywniej. Ona może, więc przecież i ja znajdę na to i czas, siłę. Jestem jednak wciąż z tych spacerów niezadowolona. Jakiś chochlik podpowiada mi, że daję ciała na całej linii. I wtedy okazuje się, że ta koleżanka, to owszem, spaceruje, ale połowę tego czasu i tej trasy, którą pokonuję razem z Tymkiem ja. I dla niej to jest dużo, dla mnie moje dużo, to wciąż za mało.

Odpuśćmy. To bardzo, bardzo trudne. Czasami trudniejsze niż stawienia czoła wszystkim wyzwaniom dnia codziennego. Ale zdrowsze. A o zdrowie i spokój przecież w tym wszystkim chodzi. Zaufajmy swoim instynktom, zaufajmy sobie. Niech Jamie skupi się na gotowaniu tego, co jeszcze nieugotowane, Adel niech karmi jak tam chce, a ja idę poleżeć. Na trawie. Słońce coraz śmielsze!



This post first appeared on Www.mamatymkowa.pl, please read the originial post: here

Share the post

Adel vs. Jamie Oliver.

×

Subscribe to Www.mamatymkowa.pl

Get updates delivered right to your inbox!

Thank you for your subscription

×