Get Even More Visitors To Your Blog, Upgrade To A Business Listing >>

Dzień Dziecka

Jest taki szczególny dzień w roku, który wraz z pojawieniem się na świecie własnego potomka staje się dla każdego rodzica wyjątkowym świętem, "Dzień Dziecka".
Chcieliśmy uczcić to święto w wyjątkowy sposób. Nasz syn jest jeszcze młodziutki, ale jestem pewna, że jego pamięć zaczyna powoli rejestrować to co się dzieje, zatem mamy czas by budować piękne wspomnienia z dzieciństwa. Adaś lubi zabawki, smakołyki i nowości. Nade wszystko jednak lubi bawić się na świeżym powietrzu i poznawać świat. Postanowiliśmy więc uczcić "Dzień Dziecka" wizytą w Zoo.
Akurat była sobota, dzień śpiocha dla mamy (kiedy to może pospać dłużej, bo tata zajmuje się synkiem). Chłopaki wstały po 7.00, zjedli jajecznicę i pobawili się do momentu aż mama się wyspała. Jak tylko łyknęłam kawę i spałaszowałam twarożek (chowając się w kuchni, bo inaczej pewien mały amator serka waniliowego nie dałby mi zjeść spokojnie), spakowałam małemu wałówkę na cały dzień. Torba termiczna na piwo (prawdopodobnie najlepszy wynalazek na letnie wypady) była pełna pyszności, napoje spakowane, "karoca" gotowa do drogi. Pojechaliśmy więc. Już sama droga do Zoo była pełna ochów i achów, gdyż Adasiek ma fazę na pociągi, zatem podróż metrem i tramwajem zwanymi "Ciucia" wzbudzały większą radość niż kilka tygodni wcześniej. Wysiedliśmy koło słynnego wybiegu niedźwiadków i już same miśki wprawiły Adasia w zachwyt. Natomiast gdy przekroczyliśmy bramę Zoo zaczęła się magia.
Najpierw udaliśmy się do ptaszarni. Adam lubi obserowować osiedlowe wróble i wrony, w pobliskim parku karmimy kaczki, zatem latające towatzystwo to coś co zna i lubi. Na widok flamingów wykrzykną "gęgę", co nas pozytywnie zaskoczyło. Wszystkie duże ptaki wodne, przez łabędzie po pelikany były nazywane "gęgę". Po zachwycających pierzastych stworzeniach przyszedł czas na naczelne. Małpy okazały się równie ciekawe, ale za rogiem czekała na nas obowiązkowa atrakcja. Kucyk. To taka tradycja w naszym Zoo, na kucyku mieli zdjęcia dziadkowie, rodzice, a teraz kolejne pokolenie, nasz synek. Przejażdżka na kucyku bardzo się Adasiowi podobała, a oprawione zdjęcie stoi teraz na półce przy łóżeczku. Koniki tak przypadły do serca naszemu smykowi (moja krew), że zostaliśmy jeszcze chwilę przy zagrodzie kucyków. Następnie odwiedziliśmy większe zwierzaki, z których prawdziwy zachwyt wzbudziły słonie. Drugie śniadanie Adaś zjadł z nosorożcami, a potem odwiedziliśmy żyrafy. Byłam przekonana, że mój malec zachwyci się mini zoo przy placu zabaw, ale on odkrył ciuchcię... Zafundowaliśmy naszemu wielbicielowi kolejnictwa przejażdżkę kolejką, wszystko było wspaniale do momentu wysiadania z wagonika. Ze łzami w oczach mały odkrywca żegnał ciuchcię, całe szczęście szybko zainteresował się kolejnymi atrakcjami. Nieco zmęczeni zwiedzaniem przysiedliśmy w jednej z licznych knajpek i spałaszowaliśmy grillowane smakołyki. Po jedzeniu, z nowymi siłami udaliśmy się na spotkanie oko w oko z dużymi kotami. Duże, małe, pantery, tygrysy, lwy, wszystkie koty to dla Adasia "ciki ciki" (bo kici kici brzmi widać zbyt banalne). Kocim tropem doszliśmy do kolejnego ważnego punktu wycieczki, akwarium. Hipcie były fajne, ale to wielkie akwarium z rybkami za szklaną taflą (której można było dotykać) urzekło Adasia. Spędziliśmy mnóstwo czasu na ganianiu za rybkami. Cudowna zabawa. Rekinarium, chluba Zoo, było dla naszego szkraba jeszcze zbyt poważne, wolał salę z rybkami. Gdy opuściliśmy wodny świat przypomnieliśmy sobie, że coś ważnego nam umknęło, pawilon z gadami i płazami. Adaśko kocha żabki i obowiązkowo musieliśmy je odwiedzić. To dopiero była atrakcja. Podczas gdy tata nosił brzdąca od jednego terrarium do drugiego i pokazywał mu coraz to inne cuda, mama odwiedziła sklepik i nabyła na pamiątkę zieloną żabę i żółtą jaszczurkę, ale to była niespodzianka na później. Po przygodzie w świecie krokodyli udaliśmy się spacerkiem do nieco bardziej puchatych zwierzątek, kopytnych. Pawilon z bezkręgowcami z pewnością za kilak lat zachwyci naszego chłopca, ale na razie odpuściliśmy ten punkt. Żubry, wielbłądy, lamy, wszystko to było bardzo ciekawe. Po przerwie na lody (i karmieniu wróbelków wafelkiem) odwiedziliśmy bardzo sympatycznego osiołka, jakieś jeleniowate i powoli udaliśmy się w stronę kolejnego "ciki ciki", geparda. Od kota poszliśmy do pingwinów. Oj to było super, pingwiny zupełnie jak z bajki "Pingu", pływały, człapały, całe wesołe stadko widzieliśmy! Foki były niestety zajęte nurkowaniem, ale za to polarne niedźwiedzie prezentowały się w pełnej krasie, młode, silne, piękne. Strasznie się Adasiowi podobały. Wesoła wydra spała za to w najlepsze. Obejrzymy jej popisy następnym razem. Z żalem żegnaliśmy się z tą wesołą menażerią podziwiając na odchodnym żurawie. Adaś słaniał się w wózku, ale z nadmiaru wrażeń nie zasnął. Tym bardziej, że w rączkach ściskał "Aciuka" i "Kumkum" (jaszczurka i żaba). Prezent na początku lekko przestraszył smyka, który nie bezpodstawnie wziął zabawki za żywe stworzenia. Szybko okazało się jednak, że zwłaszcza żabka jest bardzo sympatyczna. Jaszczurka została obłaskawiona dopiero w domu. Po takim spacerze z chęcią spałaszowaliśmy domowy obiad. Ku memu zdziwieniu Adaś przyssał się do mojej ogórkowej (alternatywą była pomidorówka). No i oczywiście "Aciuka" i "Kumkum" zostały uroczyście obwiezione po mieszkaniu ciężarówką Adasia.
Piękny to był dzień i na długo zostanie w moim sercu. Tym bardziej, że spędziliśmy go we troje, w cudownej, ciepłej atmosferze, trzymając nasze szczęście w ramionach (nieco omdlałych).
Dla mnie to też był prawdziwy "Dzień Dziecka"! Nie mogę się doczekać kolejnego!



This post first appeared on El Blog De Ismed - Microrelatos, please read the originial post: here

Share the post

Dzień Dziecka

×

Subscribe to El Blog De Ismed - Microrelatos

Get updates delivered right to your inbox!

Thank you for your subscription

×